Nawigacja

Aktualnie online

· Gości online: 3

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 67
· Najnowszy użytkownik: wojtek

Losowa Fotka

Zawody Snoork, czyli rekord Polski albo koszmar kierowcy

W sobotę 18 lipca 2009 r. odbył się minikonkurs w statyce zorganizowany z inicjatywy sklepu nurkowego Snoork. Zawody były elementem większej imprezy „Snoork Mares 360 – Diving Weekend”, której oprócz Snoork.pl patronowały: firma Mares, portal Aktywni.pl, portal 360stopni.org i pole namiotowe Pomaranczowe.pl na terenie, którego we Władysławowie Chłapowie cała impreza miała miejsce.

Owocem zawodów jest nowy rekord Polski w statyce 7:24, którego autorem jest Niezatapialny Robert Cetler 'Ceti'. Serdecznie gratulujemy rekordu!

/
Ceti recordman
To i wszystkie pozostałe zdjęcia w tym tekście autorstwa Michała Mrozowskiego

Umawiam się z Hubertem i Michałem w samym centrum Warszawy, przy rotundzie PKO na 7:00 rano, skąd pojedziemy samochodem Michała. Zawody zostaną rozegrane między czwartą, a szóstą po południu, będziemy więc mieli kupę czasu na dojazd. Na miejscu powinniśmy być około pierwszej, w najgorszym razie drugiej. Zrazu wszystko przebiega zgodnie z planem. W sobotę ruchu rano praktycznie nie ma. Błyskawicznie wydostajemy się z Warszawy i prujemy na północ. Jednak już za Płockiem na trasie gromadzi się coraz więcej samochodów, nasze tempo zaczyna spadać. Przed Mławą Hubert namawia nas na objazd przez Działdowo. Michał niechętny tłuczeniu się bocznymi drogami przejeżdża skrzyżowanie z rozjazdem do Działdowa na wprost, ale zmienia zdanie, gdy po przejechaniu 200 metrów utykamy w potężnym korku. Zawracamy do rozjazdu i zmieniamy trasę. Teraz drogi są marnej jakości, ale jedziemy! Niestety, kiedy objazd się kończy i wracamy na krajową siódemkę sytuacja się powtarza. Na jednych odcinkach poruszamy się całkiem sprawnie, a na innych wleczemy się w tempie 40 km na godzinę i wolniej. Przyjazd na pierwszą zaczyna wyglądać mało realnie, ale jeszcze nie ma tragedii. Gorzej, że z kilometra na kilometr sytuacja zamiast poprawiać się staje się coraz gorsza. Kiedy docieramy do obwodnicy Trójmiasta sprawa jest już jasna: będzie dobrze, jak dojedziemy na trzecią. To jednak nie koniec. Koszmar zaczyna się przy zjeździe z obwodnicy. Przed nami tysiące samochodów. Poruszmy się w tempie 5 km na godzinę. Dzwonię do Radka, który wraz z pozostałymi zawodnikami jest kilka kilometrów przed nami. Wieści, jakie od niego docierają się przygnębiające – u niego jest dokładnie to samo. Patrzymy na mapę: jedyna nadzieja w tym, że korek rozładuje się za Redą, kiedy cały ten tłum aut skieruje się ku Szczecinowi. Czy aby jednak nie będzie odwrotnie, tj. czy przypadkiem ci wszyscy ludzie nie jadą na wybrzeże, Hel itp.? Po dalszych kilkudziesięciu minutach nasze obawy potwierdzają się. Radek zjechał już z dwupasmówki i wciąż tkwi w gigantycznym korku samochodów jadących do Władysławowa. Za chwilę Wojtek ze sklepu Snoork upewnia nas, że nie ma szans na cud – korek ma długość 20 kilometrów! Patrzę na zegarek – to oznacza katastrofę. Na miejsce dotrzemy może na dwudziestą, a może i później. Z opresji ratuje nas Michał, a raczej jego znajoma – Ania, mieszkanka Gdańska, która telefonicznie namawia nas na objazd przez Wejherowo. Dzwonię do Radka, który po moich namowach wyrywa się z korka i zawraca ku Redzie. Po chwili docierają od niego optymistyczne wieści – w tą stronę jedzie się bez problemów. Bingo! Tylko jak my mamy to zrobić? Do zbawczego rozjazdu zostało nam jeszcze około 1-2 kilometrów, co oznacza … jakąś godzinę ‘jazdy’! Znów z pomocą przychodzi Hubert, który włącza nawigację satelitarną w swojej komórce. Wybijamy się z korka, tłuczemy się osiedlowymi uliczkami, zawracamy, zmieniamy kierunki by po kilkunastu minutach znaleźć się na bitej kocimi łbami drodze, która doprowadza nas do Wejherowa. Uff! Jest późno jak diabli, ale teraz widać już światełko w tunelu.

Tymczasem od dobrych kilkudziesięciu minut aura zaczyna płatać figle. Z przepięknej pogody nie zostało nic. Słonce zasnuły ciężkie, ołowiane chmury a z nieba leje jak z cebra. Kiedy koło piątej po południu docieramy wreszcie do pola namiotowego Pomarańczowe po prostu nie możemy wyjść z samochodu, bo grozi to utopieniem. Kiedy wreszcie udaje się nam wyrwać z auta witamy się z Radkiem, Cetim i resztą towarzystwa oraz z organizatorami. Wśród nich są dwie apetyczne dziewczyny, jedna z pomarańczowe.pl druga z aktywni.pl. Obie od pierwszej chwili na maksa zainteresowane Hubertem i Michałem.

/
Dziewczyny, tu z Radkiem

My jednak zastanawiamy się, co w tej sytuacji mamy robić. Całe niebo zasnute jest chmurami. Nadziei na poprawę nie widać. Wygląda na to, że posiedzimy trochę, pogadamy i … będziemy mogli wracać! Żadnych zawodów nie będzie, bo po prostu nie da się ich przeprowadzić! Miejsce, które ma być areną zmagań to przenośny basenik rozstawiony pod gołym niebem na polu namiotowym. Nie ma szans na to, żeby jacykolwiek widzowie chcieli w tych warunkach moczyć się przy basenie zamiast popijać piwko pod osłoną namiotu. Nam (sędziom) też się to nie uśmiecha. Może jednak przestawimy jakieś parasole pobliże basenu, zastanawiamy się. W końcu zawody są zgłoszone do AIDA, a my tłukliśmy się przez całą Polskę, więc warto by jednak je przeprowadzić.

Ostatecznie ustalamy, że kolejność działań będzie odwrócona. Najpierw ja wygłoszę pogadankę na temat freedivingu dla zgromadzonej pod namiotem publiczności, a dopiero potem odbędą się zawody. Może do tego czasu pogoda się poprawi? Prezentacja wypada tak sobie. Publika składa się z klientów pola namiotowego: dzieciaków, ich mamuś, popijających piwko tatusiów itp. i generalnie jest mało zainteresowana wykładem. Później Robert powie mi, jak jeden z mocno już zamroczonych gości, moje słowa o Haggim Stattim skomentuje siarczystym: "Co on pier....!". Zainteresowania więc nie ma, co udziela się też i mi

/
Publika znudzona wykładem

Skracam wykład i około szóstej po południu przenosimy się nad basen, a tu … rewelacyjne wieści! Niebo wprawdzie wciąż jest zachmurzone, ale deszcz poszedł sobie do diabła! Mamy czterech zawodników: Cetiego i Adriana Kwiatkowskiego z Bydgoszczy oraz Michała Mrozowskiego i Huberta Chomę z Warszawy. Zawody rozgrywane są wg. reguł pucharowych, tj. mamy dwie wcześniej wylosowane pary: Hubert i Adrian oraz Robert i Michał. Z każdej pary przegrywający odpada, a zwycięzca wchodzi do finału.

Jako pierwsi starują Hubert i Adrian. Po trzech i pół minucie Adrian poddaje się jako pierwszy. Hubert kończy osiągnąwszy 4:14 i awansuje. W drugiej parze walka jest ostrzejsza. Zrazu wygląda na to, że Robert nie będzie miał problemów z Michałem. Sam leży w całkowitym bezruchu, podczas gdy u tego ostatniego już po trzech minutach widać zmagania z chęcią zaczerpnięcia oddechu. Jednak u Michała wczesne kontrakcje to normalka. Dociera aż do 6:02, co jest jego najlepszym wynikiem osiągniętym na zawodach. Gratulacje! Jednak nie wystarcza to na Roberta, który kończy dopiero po czasie 6:24. W ten sposób mamy już wyłonioną finałową dwójkę. Po około 10-minutowej przerwie Radek zapowiada finał. Nikt nie spodziewa się wielkich wyników. Warunki, w jakich odbywa się konkurs są trudne. Woda liczy zaledwie około 20 stopni. Tuż koło basenu stoją zgromadzeni widzowie, którzy nie sprzyjają utrzymaniu atmosfery skupienia. Zawodnicy są świeżo po kilkugodzinnej (w przypadku Huberta dziesięciogodzinnej) podróży samochodami. Świadom tego Radek, który pełni jednocześnie rolę jednego z sędziów oraz konferansjera, uprzedza przez megafon publikę, żeby nie oczekiwała wybitnych osiągnięć. Kilka lat temu brałem udział w zawodach w podobnych warunkach na targach Extremall we Wrocławiu. Wtedy też była zimna woda, eliminacje (dwie rundy) i finał. Ze startu na start zawodnicy byli coraz bardziej wychłodzeni i uzyskiwali coraz gorsze czasy. Zakładam, że tu będzie podobnie. Wprawdzie wtedy, we Wrocławiu woda miała tylko 14 stopni, a nie 20 jak tu, ale mimo to myślę, że ponowne dotarcie do 6 minut byłoby wyczynem. Początek zdaje się potwierdzać moje przypuszczenia. Hubert poprawia nieco swój wynik z eliminacji, ale musi się poddać po 4:28. Robert kontynuuje i jakoś nie chce się wynurzyć. Jest już dobrze ponad 5 minut. Mógłby dawno skończyć – i tak już wygrał. Aha, myślę – pewnie chce dociągnąć do sześciu minut. Jemu ‘nie wypada’ schodzić poniżej pewnego poziomu. No, tak. Rozumiem. Jednak, kiedy mija 6:30, Robertem wstrząsają coraz silniejsze skurcze, ale ten ani myśli się poddać, moja optyka się zmienia. Czyżby chciał zawalczyć o rekord?! Nagle orientuję się, że nikt nie podaje Robertowi czasu, a wiem, że w końcówce jest to dla niego niezwykle ważne. Sam nie mam go na stoperze, bo sędziowałem Huberta, więc krzyczę w stronę Radka i asekurującego Adriana ‘Podawajcie mu czas!’. Radek ogłasza przez megafon ‘6:45’, ale potem znów nic się nie dzieje. Powtarzam, więc jeszcze raz: ‘Podawajcie mu czas co 5 sekund!’ Tym razem słyszę: 7 minut, 7 i 5 sekund, 7 i dziesięć, 7 piętnaście. Jest rekord Polski!!! W geście zwycięstwa Robert unosi prawą rękę z wyciągniętym palcem wskazującym, ale wciąż się nie poddaje. Wreszcie wynurza się po czasie 7:24. W kilka sekund i bez najmniejszych problemów kończy procedurę powierzchniową. Aby formalności stało się za dość musimy jeszcze chwilę poczekać na sędziującego Radka i białą kartkę. Kiedy wreszcie widzimy ją w górze zewsząd rozlegają się rzęsiste brawa i gromkie okrzyki. Ku zaskoczeniu wszystkich z nas, nie wyłączając samego Roberta, w zupełnie niesprzyjających warunkach rekord Polski stał się ciałem. Brawo Robert!!!

Kilka chwil później na planie pojawia się ekipa TVN. Są spóźnieni, ale przyjechali. Przeprowadzają wywiad z Robertem.

/
Ceti i Hubert udzielają wywiadu

Zadają też kilka pytań organizatorom imprezy, Radkowi i mi.
/
Nasz Prezes w TVN

Nagrany materiał będzie można obejrzeć w TVN w sobotę 25 lipca o 11:00 w programie ‘Projekt plaża’ (oczywiście o ile nic się nie zmieni, czego akurat w przypadku telewizji nigdy nie można być pewnym).

W międzyczasie pozostali zawodnicy przeprowadzają konkurs bezdechu dla publiczności. Ku mojemu przerażeniu trzech śmiałków wchodzi bez jakichkolwiek pianek do basenu (przypominam: o temperaturze 20 stopni). Zwycięzca wytrzymuje bodaj minutę i czterdzieści kilka sekund, co robi na mnie duże wrażenie.

Potem zawodnicy mogą wreszcie pozwolić sobie na zasłużony i dugo wyczekiwany obiad. Ku rozpaczy dziewczyn, które nie mogą odkleić się od Michała i Huberta i nawet zdążyły już zorganizować dla nas nocleg, decydujemy się na powrót jeszcze dziś. Żegnamy się i o dziesiątej wieczorem ruszamy w drogę powrotną. Dla nas, Warszawiaków okazuje się ona wcale nie dużo krótsza niż jazda do Władysławowa. Odbieramy Anię z Gdańska Osowej, czemu towarzyszy zgubienie drogi zarówno w poszukiwaniu Osowej jak i przy wielokrotnie ponawianych próbach powrotu na krajową siódemkę, gdzie za każdym razem opatrzność z uporem maniaka usiłowała skierować nas do Purszcza Gdańskiego. Ale to już historia na inną opowieść.

/
Sędziowie zawodów: Gacek i Nitas


Tomek "Nitas" Nitka




Komentarze

Brak dodanych komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.

Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony

Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Wygenerowano w sekund: 0.02
202,989 Unikalnych wizyt